• Wpisów:4324
  • Średnio co: 16 godzin
  • Ostatni wpis:3 lata temu, 23:57
  • Licznik odwiedzin:157 052 / 2963 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
Mam wiele planów, mam mnóstwo marzeń i cały worek chęci.

Do czasu.

Słomiany zapał moim drugim imieniem. Postanowię, napostanawiam rzec można, a potem ze wszystkich wspaniałych decyzji i aspiracji wychodzi wielkie, okrąglutkie zero. A ja topię się w tym zerze i nasiąkam łzami jak gąbka; bo po raz kolejny mi się nie udało. Zaczyna mnie to poważnie męczyć. Jak mam zmienić cokolwiek w moim dopiero przecież rozpościerającym skrzydła życiu, skoro nie mam ku temu wystarczająco samozaparcia? Dlaczego nie można kupić tego w sklepie - ot tak? I czy tylko ja jestem tak beznadziejnym przypadkiem niefortunnie przebiegającej egzystencji, czy też może kolejnym marginesem błędu statystycznego, który najzwyczajniej w świecie postanowił poświęcić kilka bezcennych minut swoich zmagań w ziemskim padole na analizę swoich osiągnięć, na rzut okiem w przyszłość przez pryzmat marzeń?
Jako Strach natomiast przedstawiam się, gdy ktoś pyta o imię numer trzy. Przerażona interakcją z czymkolwiek, kimkolwiek kiedykolwiek, zamknięta w wąskim świecie swoich zainteresowań, którymi notabene boi się zajmować zawodowo, bo wydaje jej się, że sobie z pewnością nie poradzi i wyląduje mordą w jakimś przytulnym śmietniku. Trzęsący się siusiumajtek nie posiadający nawet krzty odwagi chociażby do tego, by spróbować czegoś spoza strefy komfortu (ograniczonej własną skórą). Jak wiele kosztuje w dzisiejszym świecie odrobina pewności siebie i zawzięcia, bo jestem gotowa zapłacić za to każdą cenę?
Oto mój szybki, no, nie portret, ale szkic psychologiczny, jeśli jako kryterium poprzez które będziemy mnie postrzegać wybierzemy pomysł na siebie/plany na życie.
  • awatar gentility: znam twojego bloga od początku i nadal nie widzę tutaj zbytnio radosci , moze czas na zmiany?
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (1) ›
 

 
"O, jakże często do snu kołyszę wzburzoną krew. Zaprawdę, nie widziałeś chyba nic tak niezrównoważonego, niespokojnego jak serce moje. Wszakże nie potrzebuję mówić o tym tobie, który doznawałeś nieraz przygnębienia patrząc, jak przerzucam się z troski do rozpętania i ze słodkiego rozmarzenia do zgubnej namiętności. Postępuję z moim sercem jak z chorym dzieckiem, powolny wszelakiemu jego zachceniu. Nie rozgłaszaj tego, bo są tacy, którzy by mi to wzięli za złe."
 

 
Im więcej mam do czynienia z żywymi emocjami, im częściej oplatają mnie swoimi zdradliwymi łapskami, tym bardziej utwierdzam się w moim przekonaniu, że nie są dla mnie. Wszystkie z wyjątkiem żalu są mi obce, nie umiem się z nimi oswoić, czuję się z nimi nie na miejscu, jak kiepska aktorka na deskach docenianego teatru. Może kiedyś ten stan minie, może kiedyś znowu będę cieszyć się uczuciami, nie wstydzić się ich, pozwalać sobie na coś więcej niż stany łagodnego uniesienia w czasie słuchania muzyki. Prawdopodobnie pewnego dnia będę potrzebowała kogoś, kto złapie mnie nie tylko za rękę, ale i za serce. A może już potrzebuję, pewnie już potrzebuję, ale nie chcę tego przyznać. Pewnie dlatego nienawidzę słuchać piosenek o uczuciach innych niż ból, a najchętniej słucham tych opowiadających historię kogoś lub czegoś. Chyba najzwyczajniej spycham całe to "czucie" do śmietnika czaszki. Może go nie chcę, może go chcę. Może się go boję. Pewnik jest tylko jeden: zawsze, z wyjątkiem teraz.
 

 
Ludzie nie potrafią latać, bo nie wierzą, że potrafią. Gdyby nie pokazano im, że mogą pływać, do dziś wszyscy się topili po wrzuceniu do wody.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (5) ›
 

 
Zeskanowany i zaklasyfikowany po jednym spojrzeniu, zamknięty w odpowiedniej szufladzie bez możliwości powrotu. Osądzą cię nawet za to jaki nosisz T-shirt. To obrzydliwe. Ludzie są obrzydliwi. Krętacze bez skrupułów, pozwalają sobie na bycie każdym i nikim jednocześnie. Stwarzają normy nie do spełnienia, posługują się językiem nie do zrozumienia i robią rzeczy nie do zaakceptowania. A mimo to wciąż sobie na nie pozwalają. Też taka jestem. Brzydzę się sobą. Z dnia na dzień co raz bardziej. Potrafię spojrzeć na kogoś na ulicy i odczytać z jego twarzy całe jego życie, bezlitośnie, z sercem tłoczącym czarną krew do palca wytykającego wszystkie wady tylko dla podniesienia własnej samooceny, którą zaklasyfikuję jako, powiedzmy, niezbyt satysfakcjonującą. Oczekuję od całej społeczności wokół mnie aprobaty dla moich nadziei oraz głaskania mnie po główce za każdym razem, gdy pierdolnie mnie w nią prawda jednocześnie krzywo patrząc na wszystkich oferujących pomoc, doszukując się ich ukrytych zamiarów. Jestem częścią społeczeństwa, które przekonuje zwłaszcza kobiety do kochania naszych ciał, jednocześnie wymagając od nas posiadania jednakowych sylwetek, namawiającego do wyróżniania się poprzez identyczne stroje i fryzury, odwodzącego od ukrywania wymyślonych przez nas wad podczas zachwalania kosmetyków umożliwiających znalezienie swojego miejsca na półce z lalkami Barbie. Dorastając staramy wybić się w świecie, w którym indywidualność przestaje być oryginalna. To my, armia unikatowych klonów, liczymy się tylko my, nasza przyjemność, nasza wygoda, nasze fantazje i uśmiechy. Szacunek zemdlał zobaczywszy stosunek przyszłości świata do świata samego w sobie. Wstyd schował się za tabu, nic nie obowiązuje, nic nie jest nam obce, choć powoli przestajemy być ludźmi. Niszczymy i zagarniamy, wszystko dla siebie, na tej planecie nie ma innych osób, nie ma innych stworzeń. Wzorowi obywatele cierpiący za miliony ignorantów, wznoszący modlitwy o lepsze jutro dla siebie, tak uciśnionych i nieszczęśliwych, oblizujących tłuste paluchy w humanitarnym świecie wyższych wartości. Ateiści wierzący jedynie w potęgę nauki, odrzucili dekalog i inne zakurzone głupoty na rzecz doskonale ludzkiego prawa dżungli miejskiej, gdzie inni zjedzą cię bez względu na to, czy ty też jesz, czy nie. W odpowiedniej chwili jednak porzucisz swoją prorozwojową religię na rzecz kościółka, i oddasz niski pokłon tam, gdzie trzeba, żebyś któregoś poranka nie obudził się ukrzyżowany. Kiedy będzie trzeba wyprzesz się wszystkiego i wszystkich, przypełzniesz tam, gdzie najcieplej i czekając na ratunek będziesz przeklinać wszystko i wszystkich tylko czyhających na twe porażki, zacierających brudne łapska po każdym potknięciu. Ale nie przejmuj się, nie tylko ty tak masz. Taka już nasza ludzka natura.
 

 
" Każdy aktor, który miał w życiu szansę dogłębnego porównania, powie to samo. Owszem, kino jest może bardziej atrakcyjne - przynosi więcej frajdy, popularności, pieniędzy... Ale prawdziwa przyjemność zmagania się z materią, tworzenia czegoś od początku do końca, tu i teraz, na oczach widza - to właśnie jest teatr. I nie da się tego porównać z żadną rolą filmową. Jest to jedyny rodzaj twórczości, który funkcjonuje wyłącznie w czasie teraźniejszym. Nie da się w tym zawodzie zostać odkopanym za pół wieku, jak wybitny malarz czy poeta, którego nie doceniła współczesność. Tutaj twórczość trwa tyle, ile trwa przedstawienie, nie da się jej przechować. Są takie owady, które żyją tylko kilka godzin, najwyżej dzień. Nazywają się jętki jednodniówki. Podobnie jest z pracą aktora w teatrze - kiedy opada kurtyna, jego kreacja po prostu przestaje istnieć.(...) Każdy ma alibi na swoje niepowodzenia - twierdzi aktor. Nie znam ani jednego absolwenta Akademii Teatralnej, który przy pewnym uporze, konsekwencji i pracowitości nie zrobił tak zwanej kariery, nie "zaistniał". Tutaj problem polega na tym, że aktorzy sami się eliminują. Potrafią tylko narzekać. Doszukują się winy w tym czy w tamtym, a prawda jest taka, że po pierwszym niepowodzeniu przestają cokolwiek robić, siedzą w barze, piją wódkę i mówią, że świat jest niesprawiedliwy. I tkwi taki biedak zaszyty we własnym nieszczęściu. Nie pracuje nad sobą, nie czyta, nie ogląda, nie bywa, nie uczestniczy. Liczy tylko, że w końcu potknie się o niego reżyser czy jeszcze lepiej sponsor, i spyta ze zdziwieniem - Co pan tu robi?, po czym zaopiekuje się nim, da pieniądze, wypromuje. Otóż tak nie ma. Liderami stają się ci, którzy coś robią.Upadek ze szczytu boli najbardziej i niewielu się po nim podnosi. Są przykłady wspaniałych, wielkich aktorów, którzy wracają z ukrycia dopiero po kilkunastu latach, nierzadko po chorobie alkoholowej. Przyczyny bywają różne. Jeśli ktoś jest słaby psychicznie, to czasem wystarczy jedna porażka, by wszystko zaczęło się walić. Ale jest jeszcze jedno, o czym od początku warto pamiętać. Otóż tak naprawdę każdy ma w swoim życiu dekadę twórczą. Tylko dekadę! A potem - albo umie wykorzystać to, co zdobył podczas tej twórczej dekady, albo nie. Jednak u każdegotych dziesięć lat przypada w innym okresie życia. Czasem poeta, który ginie w wieku dwudziestu paru lat, zdąży wykorzystać swój czas, a ktoś inny dopiero po pięćdziesiątce zaczyna odnosić sukcesy."
~Jan Englert
 

 
Strzeżcie się, Drodzy Przyjaciele, bo nigdy nie wiecie, gdzie spotkacie złodzieja tożsamości, wciskającego się w waszą skórę oszusta bez życia, wywracającego się co krok na szlaku wyznaczonym przez wasze ślady nieszczęśnika bez pomysłu na to, kim chce być. Wysysacza charakteru z pustym wnętrzem, które na siłę musi wypełnić.
 

 
Jestem deszczem, w którym ślepy chce dostrzec parasol.
 

 
Biegnę w kierunku odwrotnym do mety, z kulą u nogi, po piasku, pod wodą, między rekinami. Wybieram najgorsze możliwe opcje, przecinam czerwone kable. Chcę radości, więc popadam w coraz głębszą anhedonię. Chcę wykluć się ze skorupy, którą obrosłam, w związku z czym zamykam się w sobie bojąc się wyściubić chociażby koniuszek nosa poza strefę komfortowego odrętwienia. Nie mam w sobie za grosz odwagi. Płynę z prądem jak śmieć albo zdechła ryba. Popełniam błąd za błędem, zbieram porozrzucane marzenia do kupy i jedyne, co potrafię z nimi zrobić, to rzewnie zapłakać nad ich nigdy nienadchodzącym zrealizowaniem. Jestem kwiatami w szczelnie zamkniętym słoiku na dnie szuflady. Moje życie jest niedochodzącym do mnie powietrzem. Niszczę swoją przyszłość decyzjami, których wspaniałość wmawiam sobie od przynajmniej kilku lat. Podrzynam gardło samej sobie, szczęśliwej, starszej o kilkanaście lat. Topię swoje pasje, palę nadzieje, przyciągam horyzonty na odległość centymetra od końca własnego nosa. Zmieniam siebie w bezużytecznego niewolnika systemu, w pasek kodu kreskowego, nic nieznaczący paproch pałętający się gdzieś pod nogami ludziom, których całe życie podziwiał, którym całe życie bał się dorównać. Robię wszystko by stać się bezmyślną hybrydą wzorowego obywatela z minimalną dozą tego, co mogłoby nie zanudzić mnie na śmierć, skrzętnie ukrywanym na dnie serca. Z wiecznym bólem porażki, który sama wybrałam. Nie, nie chcę takiego życia, ale przecież nawet do piekła można się przyzwyczaić, jeśli przebywa się w nim dostatecznie długo. Nawet w trumnie można się zasiedzieć na śmierć.
 

 
"Głupcze, na co tak narzekasz i czego się boisz? Gdziekolwiek spojrzysz, widać kres wszelkiego zła. Widzisz to urwisko nad ziejącą otchłanią? Ono prowadzi ku wolności. Widzisz tę powódź, tę rzekę, tę studnię? Mieszka w nich wolność. Widzisz to nędzne, uschnięte, karłowate drzewo? Z każdej jego gałęzi zwisa wolność. Twoja szyja, twoje gardło i serce - wszystko to drogi ucieczki z niewoli. Szukasz drogi na wolność? Znajdziesz ją w każdej żyle swego ciała." ~Lucius Annaeus Seneca
 

 
Pochłonięta moimi dziwnymi zainteresowaniami znalazłam w Internetach przepiękny alfabet - runy, których używali wikingowie. Pełna radosnego zapału wyrunowałam swoje imię w zeszycie służącym mi ostatnio do wszystkiego. Po chwili do pokoju weszła moja mama z wyprasowanymi koszulkami, które położyła obok mnie na biurku. Pokazałam jej runy tłumacząc ich znaczenie, na co odpowiedziała: "Rzeczywiście, to ma w sobie coś z ciebie. Jest wyjątkowe.".
To powiedziawszy pocałowała mnie we włosy i wyszła.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Kocham Iron Maiden, pałam do nich niezmąconą, czystą, płomienną miłością, której nic nie jest w stanie ugasić, zabierają mnie tam, gdzie nikt inny nie potrafi, są zawsze, nie zawodzą, oby nie zawiedli, pokazują mi miejsca, których sama nigdy bym nie odkryła. Płaczę, śmieję się, kocham i nienawidzę, zastanawiam się i odpływam, z nimi. Z muzyką. Z żywiołem. Tak bardzo żałuję, że nie mogłam mieć siedemnastu lat, gdy oni dopiero zaczynali, że nie mogłam rozwijać się razem z nimi, wychować na nich,przy nich. Zabierają troski, otulają mnie muzyką, w której bezpiecznie się topię, kocham kocham kocham kocham kocham! Pozwólcie mi zachłysnąć się tym na śmierć, skonać nie będąc więźniem nowego wspaniałego świata, wyzwolić się, śnić nawet o lustrach, byle odbijały się w nich twarze artystów, którzy zostali moimi najlepszymi przyjaciółmi.
Tak, trochę jestem psycholem.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Serce, które nie boli to serce, które nie działa.
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (6) ›
 

 
Unikasz lustra jak ognia, zagłuszasz myśli wszystkim, co nie pozwala im wgryzać ci się w czaszkę, uciekasz przed spojrzeniem w oczy wszystkim nieznikającym pytaniom. Chodzisz przy sobie na palcach, żeby tylko nie zacząć drażliwego tematu. Okłamujesz jedyną szczerą z tobą osobę. Mydlisz oczy jedynej patrzącej na ciebie przez najczystszy pryzmat wszystkich twoich doświadczeń. Dziewczyno, do kurwy nędzy, odrzuć wszystkie pozostałe i zadaj sobie jedno proste pytanie i udziel jednej, konkretnej odpowiedzi. Zapytaj się siebie, kim chcesz być. A potem tym kimś najzwyczajniej w świecie bądź i nie oglądaj się na nikogo, a zwłaszcza na obcych ludzi, których nawet nie lubisz, a obchodzą cię ich osądy. Żyj, żyj w końcu, nie wymyślaj sobie problemów, doceń to, co masz i przestań histeryzować. I nie wmawiaj sobie, nie analizuj, nie rób dziur w całym. I przestań odpierdalać, moja znienawidzona.
 

 
Sklejam głupotą roztrzaskane życie.
 

 
Po wnętrznościach płynie woda z roztopionego lodu. Spuszczona ze smyczy, z rozpiętym kagańcem biegnę do lustra z wywieszonym jęzorem, by spotkać wzrok pełen politowania. Sprowadzasz na siebie apokalipsę. Wypompowujesz z siebie krew, niszczysz wszystko, co tworzyłaś dzień po dniu przez przynajmniej cały ostatni rok, a pokuszenie się o nazwanie tego czasu dwoma latami też nie byłoby bardzo nie na miejscu. Pakujesz się w coś bez przyszłości, budujesz coś pięknego na kupie niedopowiedzeń połączonych brakiem sensu. Róże nie wyrosną na pustyni. Te jerychońskie zabierają im przestrzeń. Robisz straszną głupotę pozwalając sobie w to brnąć. Krzywdziłaś, krzywdzisz i będziesz krzywdzić. Właścicielka rozczarowanych oczu jakoś to przeżyje.
Gorzej będzie z właścicielem tych pełnych nadziei.
 

 
Niby każdy inny, a jednak wszyscy tacy sami.
 

 
Kiedy cichnie muzyka, zaczyna grać mi na nerwach. Uszy drażnione są przez wszystkie te niedociągnięcia w łamiącej się melodii, każda zagubiona szesnastka przeszkadza, piekąc, wgryzając się w słuch. Klucz wiolinowy zamyka mnie w klatce niekończących się zmagań. W czaszce. Rytm się gubi, wokalista zawodzi, gitara pozostaje nienastrojona. Zespół się wykrusza, bo nie ma nic, co trzymałoby ich jeszcze razem. Oni chcą długiego, wyciskającego łzy z oczu recitalu, chcą poruszyć każdą struną, stworzyć estradową gwiazdę, ikonę gatunku, guru dla tłumów. Mnie natomiast wystarczyło przesłuchanie pierwszego singla grupy.
Dupy nie urywał.
 

 
You wanted more than I was worth
You think I was scared yeah
And you needed proof
Who really cares anymore?
Who restrains?

I don't love you
and I never did
I don't love you
and I never will

~ Muse 'Hyper Chondriac Music'
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Czeka mnie dwutygodniowa rekonwalescencja na Sycylii, może zarazek postanowi wynieść swoją dupkę hen, hen daleko ode mnie. Może trochę pustych dni, których jedynym celem jest dotrwanie do wieczora oraz zorganizowanie jak największej ilości jak najtańszego alkoholu na tenże wieczór, pozwoli mi wykurować schorowany punkt widzenia.
Do napisania, robaki!
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (3) ›
 

 
Zainfekowana wirusem, którego nie potrafię nazwać, spędzam dnie przed komputerem, od czasu do czasu wpatrując się pusto w znajdujące się za monitorem laptopa okno. Gapię się, ale nic nie potrafię dostrzec. Oślepłam. Mój własny głos odbijający się od ścian czaszki staje się jedynym, marnym urozmaiceniem. Choroba próbuje uciec ze mnie oczami, ale powraca już w kilka chwil po wyschnięciu. Zagłuszam monologującego histeryka w głowie muzyką, ale ten skurwiel zaczyna śpiewać. Słowa nie potrafią płynąć, na dnie duszy osadza się popiół ze spalonej osobowości. Rozumie mnie już tylko lustro spełniające rolę opoki, jednak trochę daleko mu do przyjaciela. Nic mi to nie przeszkadza;każdy walczący powie,że przecież to wrogów trzeba trzymać blisko. Wielki wojownik, niezniszczalny drobnoustrój otępienia, zamrażający mnie w sobie samej, spogląda na mnie moimi własnymi oczami. Wypełznął zza ucha, wyłonił się z miejsca czaszki, o którego odkurzaniu już dawno zapomniałam. Wrócił pewnie z nudów, pewnie ze swojego wielkiego zdenerwowania tym, że już dawno nie wywołał u nikogo alergii. Przecież to jedyny sens życia roztocza. Splunął mi więc kurzem w twarz, mając nadzieję na silny atak kaszlu. Oblepiona pyłem zmielonych dni brzydzę się sobą, każdy cal mojego ciała przyprawia mnie o drżącą niechęć, wywołuje spazmatyczne wycofywanie. Tłukę więc lustro. Trzęsąc się, bo nie wiem, czy to błogosławieństwo, czy klątwa.
Wojowniku, tym razem wrócisz na tarczy.
Drogie odbicie, ty również.
 

 
Weź mnie, i może z naszych dwóch nieszczęść zrobimy coś na kształt szczęścia.
 

 
Moje miejsce we Wszechświecie zaczęło mi przeszkadzać w momencie, w którym zrozumiałam, że machając uciekającym szansom uderzam kajdanami o kraty, które sama postawiłam.