• Wpisów: 4321
  • Średnio co: 16 godzin
  • Ostatni wpis: 4 lata temu, 23:57
  • Licznik odwiedzin: 157 635 / 3026 dni
 
lifeless
 
really: Nie jestem pewna czy potrafię znaleźć słowa mogące oddać stan, w jaki wprowadziłam się na dobre kilkanaście minut temu, jaki powoli kiełkował we mnie przynajmniej od dwóch lat. Zasuszana i ignorowana, hodowana bez dostępu do światła "na zapas", na czarną godzinę i abstrakcyjne "kiedyś", którego nastąpienie wydawało mi się czymś nieuchronnym, zbliżającym się do mnie z każdym dniem. Szkoda tylko, że jest już naprawdę o wiele za późno, by przestać pielęgnować tego drugiego chwasta, który obawiam się, może zrujnować mi jedyne życie jakie kiedykolwiek będzie mi dane przeżyć.
Jestem w klasie maturalnej. To powinno samo przez się być rozumiane jako kryzys wszystkich wartości, podważanie wszystkich narzuconych sobie norm i generalnie myślenie za dużo o rzeczach "nieważnych teraz, bo matura". Bo matura. Bo matura w maju składać ma się dla mnie z trzech egzaminów obowiązkowych oraz czterech egzaminów pisanych na poziomie rozszerzonym. Niedawno przecież podpisałam deklarację maturalną na te właśnie egzaminy. Z radością, nie dawniej niż tydzień temu uzupełniłam tabeleczkę na kartce z moim imieniem i nazwiskiem słowami "język polski", "język angielski", "historia", "wiedza o społeczeństwie". I wiedziałam, że to będą te słowa przynajmniej od trzech lat.
Jestem w klasie maturalnej i mój problem jest taki, że wcześniej moje zainteresowania oscylowały w zgoła innych dziedzinach niż w tych, w których powinny. Zupełnie innych. Popchnięta sama nie wiem czym, chociaż może i wiem, może to rzeczywiście był strach i głupie pierdolenie wszystkich dookoła... popchnięta sama nie wiem czym zmieniłam swoje zainteresowania. Bo tak lepiej. Bo tu przynajmniej nie będą mi się pierdolić cyferki jak dodaję pisemnie. Chuj, że zawsze miałam z matematyki przynajmniej 4. Ale to nie było 5, to nie było idealne. Bo moje mylenie się w prozaicznych czynnościach w sumie przecież tak nieistotnych dla całokształtu było ważniejsze niż uśmiech na twarzy za każdym razem kiedy WYSZŁO. Ważniejsze niż zbieranie szczęki z podłogi na każdej lekcji fizyki, której zrozumienie przychodziło mi ot tak. Która była super. Inspirująca i interesująca, dająca kopa i motywująca. Ale lepsze wydawało mi się bezpieczne pójście w coś, w czym byłam równie dobra i myślałam, że to odgórna idea, czyli wymarzony zawód, jest ważniejsza i tych naście lat poświęconych na pierdoły które absolutnie mnie nie obchodzą to zło konieczne. A zawód i jego wymarzenie były głęboko zakorzenione w chorej ambicji i chęci słyszenia jaka muszę być mądra i odważna, że w ogóle tego chcę. Że wydaje mi się, że chcę być prawnikiem. I że wydaje mi się, że jestem pewna swoich doskonałych predyspozycji i niesamowitej satysfakcji, jaką będzie mi dawało zaginanie ludzi kruczkami prawnymi. Jak bardzo będę się cieszyć widząc tych wszystkich klientów, którym uratowałam ich głupie niepalestrowe dupska bez grama potrzebnej im do samoobrony wiedzy. Wizja siebie w roli superbohaterki dla uciśnionych wciąż tli się w mojej głowie, wciąż budzi zachwyt i napawa czymś słodkim i lepkim na tyle, że jestem gotowa rozrywać sobie posklejane wątpliwości. Z drugiej strony pojawiają się wszystkie te gówna, których muszę się uczyć, pojawiają się setki tysięcy gówien, które nic dla mnie nie znaczą i nic we mnie nie zmieniają. Wymagają ode mnie poświęcenia i wymagają ode mnie mnóstwo czasu, by je nie tylko zrozumieć ale i zapamiętać. Bo to właśnie analizowanie tego, co się wie jest dla wszystkiego esencjonalne. No i super, tylko wciąż mi się to nie uśmiecha. Może to "zmęczenie materiału" spowodowane nagromadzeniem przepotężnej liczby powtarzających się lekcji, treści i osób, może to spadek egzystencjalny spowodowany siedzeniem od sześciu dni w domu na antybiotyku albo może to cywilna odwaga. Nie wiem.
Jestem w klasie maturalnej i po dwóch latach spychania w cień myśli niepasujących do planu w końcu nie wytrzymałam i pozwoliłam tej ciemności zgasić swoje sztuczne światło. Spalić się żarówce by w końcu zacząć widzieć. Czara była przepełniona. Przelewającą ją kroplą był banalny filmik na youtubie, w którym gość śmieje się z błędów logicznych w "Gwiezdnych wojnach" a ja uświadamiam sobie, że rozumiem i nie rozumiem tego wszystkiego na raz. Że po prostu nie pamiętam już tego, co umiałam, ale po poświęceniu temu tylko grama mojej atencji wszystko staje się jasne i przejrzyste... Jak mój nieoświetlony pokój. I że to wszystko budzi we mnie takie małe coś, które krzyczy z zapału i zainteresowania. To małe coś doprowadziło mnie właśnie do łez, do gorzkich łez bezradności i głupoty. Czuję się obrzydliwa, bo pozwalałam temu gnić i się marnować robiąc rzeczy, które owszem, są interesujące, są inspirujące i są całkiem fajne. Ale chyba nie są dla mnie.
Jestem w klasie maturalnej. I chyba jeden z kilku wielkich błędów życiowych, które każdy musi popełnić, mam już za sobą.

  •  
  • Pozostało 1000 znaków
Wyświetlanie: od najstarszego | od najnowszego
  •  
     
    Musisz tylko wiedzieć co chcesz robić , bo jesli faktycznie lubisz pomagać ludziom i przynosi ci to satysfakcję , to zostań przy tym wyborze bo będąc prawnikiem , będziesz miała wiele okazji do satysfakcji , ale to nie zmienia faktu ze czeka cie długa droga i wiele poświęceń i wcale moze nie tak szczęśliwych dni zanim będziesz miała ta satysfakcję z dawania ludziom pomocy.
     
  •  
     
    Robisz cos czego nie chcesz = jesteś nieszczęśliwa;Robisz cos co chcesz, lubisz= jesteś szczęśliwa. A teraz wybierz czy chcesz byc szczęśliwa, czy nie , jeszcze masz wybór i wcale nie jest za późno. Dopiero moze byc za późno. Często nawet jesli daży sie do spełnienia swoich marzeń i celów to cierpi sie , bo w koncu trzeba pokonać jakieś bariery , leki i przeciwności. Wiem to z własnego doświadczenia , zawsze chciałam byc lekarzem i w klasie maturalnej kapletnie mi odbiło , zrezygnowałem ze zdawania jednego z dwoch przedmiotow ,ktory był konieczny do dostania sie na studia medyczne, no bo tak po prostu nie chciałam odbiegać od koleżanek, ktore takze zrezygnowały i nastawily mnie negatywnie. I co mi z tego było , za rok podeszłam ponownie do matury zdając obydwa przedmioty i teraz jestem na wymarzonych studiach , ale czy jestem już szczęśliwa to tego nie moge powiedzieć bo sa przedmioty na tych studiach , ktore kompletnie mi sie nie przydadzą w tym zawodzie i ktore mnie wręcz zniechęcają
     
  •  
     
    @gość: chyba nie pozostaje ci zatem nic innego, jak czekać i do tego czasu zbierać w sobie odwagę. Czuję się zobligowana do pozytywnego podejścia po tych komentarzach ;) Tylko to może mieć różne efekty... ale na pewno będzie lepsze niż stukanie się w głowę i zachodzenie "Co było nie tak?".
     
  • awatar
     
     
    gość
    to siódme niebo.
     
  • awatar
     
     
    gość
    @jelonek paranoidalny: taka analogia mi się skojarzyła donośnie życiowych wyborów, których będzie jeszcze przecież bez liku. Tu o studiach a mnie o tego jedynego, wyjątkowego człowieka na całe życie chodzi. To też permanentnie ważny pierwiastek istnienia, mieć kogoś. Pewnie przypadek, ale rzecz działa się adekwatnie, w tramwaju, ze studentami. To był październikowy dzień co to wiosną  nagle pojesieniał, drugi już taki. A pierwszy był niemal dokładnie rok temu kiedy Ją ujrzałem. I przez wszystkie kiedy w tym tramwaju ją spotykałem. Przez poprzedni cały rok śniła mi się nocami i tak się bałem, że więcej jej nie zobaczę. Lecz teraz od dłuższego czasu już jej nie widuję. I myślę, że ten dzień to była ostatnia, jedyna taka szansa na sto, o którą się modliłem. Ale na co komu pacierze, kiedy brak języka w gębie. Koniec jednej historii.

    Od dłuższego czasu toczy się też ta, w której jest druga dziewczyna. Tyle tylko, że z nią to nie jest i jej w tej historii raczej nie będzie. To nie jest
     
  •  
     
    Próbowałam iść za stłamszonym głosem serca i topornym głosiskiem sumienia naraz, licząc na loterię losu. Ku swojemu zaskoczeniu dostałam się tu i tu, chociaż liczyłam, że uczelnia/wyniki zadecydują za mnie. Sumienie brało górę - perspektywy, praca, blablabla, pierdolenie. W ostatniej chwili - kiedy jechałam tramwajem z papierami na ścisły kierunek - wygrało serce, tłamszona od lat, drżąca wizja bycia polonistą-antropologiem i uważam, że to najlepsze co przyniósł mi przypadek. Robiąc to co się uwielbia zawsze robi się to dobrze.
     
  •  
     
    @gość: ja wiem, ze moge, tylko wiesz... majac mature z histy, wosu i polskiego raczej ciezko na polibude :)
     
  • awatar
     
     
    gość
    @really: eeeee bez takich filozoficznych i egzystencjalnych rozkminek, dobra :) zawsze możesz ciągnąć dwa fakultety, pesteczka, kolejna łatwizna.
     
  •  
     
    @gość: @nie-dobra: wiem, wiem, że zawsze można wszystko odwrócić... tylko pewnie sami wiecie, dowiecie się lub wiedzieliście jak wygląda klasa maturalna i najwczesniej w przyszlym roku moge cos zmienic. A Boję się niewypowiedzenie takiego zastoju w tym... Tego niedotykania sprawy, liczenia ze ucichnie i właśnie konsekwentnego kopania pod sobą dołków.
     
  •  
     
    Pamiętaj że zawsze możesz zmienić zdanie.
     
  • awatar
     
     
    gość
    to nie błąd uwierz mi sa gorsze rzeczy na tym świecie i przytrafiają się właśnie Twoim czy tam naszym rówieśnikom: wpadziochy, aborcje, głupota związana z "moralnością mieszczańską" czy głupota w ogóle- to są beznadziejne i nieodwracalne przypadki, które mają to do siebie, że kończą się źle. W Twoim przypadku wszystko jest do odwrócenia czy jedynie pójścia w odpowiednim kierunku, tylko tyle.
     
skomentuj
  •  
  • Pozostało 1000 znaków